Wiejski domek

Autor: cieszka
Kategoria: Bez kategorii

Motyw pomarańczowego domu przywołuje mi na myśl wspomnienia z dzieciństwa i dom moich dziadków. Wiejski domek. Sierpień 2017. Pamiętam to gorące lato, ścieżkę wśród kwiatów, ogromne kępy floksów, ciepły wiatr, bzyczenie much i odgłosy zwierząt dobiegające z drugiego podwórka. Bieganie z dzieciakami do nocy, leżenie na trawie w sadzie za stodołą, jazda na wozie na kopie siana, spanie na sianie, wieczorne opowieści o duchach. Mleko od krowy, blachę świeżego placka drożdżowego, który zjedliśmy w jeden wieczór, dymiące pociągi przejeżdżające i fiukające blisko. Nie było komórek, kontroli, latało się gdzie się chciało. Pozostało tylko kilka czarno białych zdjęć zrobionych przez kuzyna Ziutka, który pewnego roku zafiksowany fotografią przyjechał na wakacje z Rembertowa z aparatem.

 

 

Udostępnij Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedIn

Ikona Matki Bożej z Dzieciątkiem

Autor: cieszka
Kategoria: Moje malowanie

Matka Boża z Dzieciątkiem. Lipiec 2017. Zachwycona ikonami i zachęcona poprzednią moją ikoną (św. Jana Chrzciciela) postanowiłam namalować następną. Po co deska ma czekać.

Jak zwykle zdjęcie nie oddaje piękna, nie wiem jak je robić żeby było dobrze. Następnym razem spróbuję na dworze, ale dziś padało.

Ponieważ nie mam specjalnie nic do dodania zapraszam do kontemplacji.

 

Udostępnij Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedIn

Medalik

Autor: cieszka
Kategoria: Renowacje

Medalik przed oprawieniem Zdarzyło się jednemu z moich kolegów znaleźć na strychu medalik. Niestety czas mocno go nadgryzł. Wykonany prawdopodobnie ze stopu cyny, ołowiu i może antymonu. Kolega podarował koleżance, a ta nie chciała by resztę życia medalik spędził na dnie szuflady. Odbyły się dyskusje co by z nim można było zrobić. Jaką formę renowacji przyjąć? Co zrobić, by prezentował się ładnie jako wisiorek, a przy tym nie stracił duszy. Mój wybór oprawy padł na drewno owocowe. Leżał pieniek w garażu i czekał na swą chwilę. Nie pamiętam nawet z jakiego drzewa, myślę, że mogła to być czereśnia lub jabłoń. Pozostawało pytanie o kształt, które kłębiło się w mojej głowie parę dni. Też nie bez zastanowienia obyło się z kolorem. Wykonałam kilka prób bejcy i najlepiej wypadł sam wosk. Tak to wymyśliłam:

Medalik po oprawieniu w drewno Drewniana oprawa z tyłu

Sam medalik został lekko wypolerowany, by uwypuklić wzór i zabezpieczony Incralem 44.

Udostępnij Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedIn

Los padł na św. Jana

Autor: cieszka
Kategoria: Moje malowanie

Już jakiś czas temu nabyłam deski na podobrazie do ikon. Surowe, niegruntowane. Kupiłam je z myślą namalowania ikon, ale jakoś to się odwlekało w czasie. I stało się! Ikona św. Jana Chrzciciela. Czerwiec 2017. Koleżanka zamówiła u mnie na prezent ikonę św. Jana Chrzciciela. Do tej pory św. Jan Chrzciciel nie należał do „panteonu moich ulubionych świętych”. Asceta, to dla mnie takie dalekie… A jednak czas malowania (właściwie pisania) tej ikony zbiegł się z trudnym wydarzeniem w moim życiu. I nawet było wtedy święto narodzenia św. Jana Chrzciciela. Wydarzenie to kojarzy się jednoznacznie z wiarą Zachariasza (ojca Jana), a w zasadzie z jej brakiem. (Odsyłam do tekstu: Łk 1. 5-25) W krańcowo trudnych sytuacjach spieramy się z Bogiem, trudno nam uwierzyć, że będzie dobrze. Jak tej ewangelii „padł strach”… Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i „Pan … wejrzał na mnie i zdjął ze mnie hańbę w oczach ludzi”. Wiem, że piszę dość enigmatycznie, ale nie chcę tu uprawiać swego rodzaju ekshibicjonizmu.

Ikona pisana w technice akrylowej, złocenie szlagmetalem, zabezpieczona werniksem. Farby akrylowe uważane są przez niektórych za niegodne ikony. Ja uważam, że nie medium czyni ikonę, lecz duch.

Przy okazji chciałam napisać trochę o certyfikatach ikon. Ikonopis nie podpisywał się na ikonie, gdyż nie on tu był ważny. Certyfikat umożliwia zamieszczenie takiej informacji. Certyfikaty wymyślono po to, żeby z krajów tradycji ikonopisarskich można było wywozić jako pamiątki współcześnie pisane ikony. Certyfikat informuje, że jest to wyrób współczesny, ręcznie wykonany, z jakiej pracowni itp. Często zaopatruje się takie pismo w pieczęć lakową. Nie oznacza to, że ikona bez certyfikatu nie jest ręcznie pisana, lub jest reprodukcją. Powiedziałabym, że tendencja może być odwrotna. Spotkałam niedawno ikonę, reprodukcję, coś w rodzaju dość dobrze zrobionej naklejki z wykończeniem ręcznym, szlagmetalem. Posiadała certyfikat, na którym było napisane, że wykonana ręcznie. Tak, pewnie naklejka naniesiona ręcznie, nie przez maszynę i wykończenie ręczne, ale nie pisanie (malowanie). I była druga ikona, ręcznie pisana, nie miała certyfikatu. Zatem nie certyfikat stanowi o wartości.

PS. Trudno zrobić zdjęcie, żeby złoto nie dawało odbicia lampy. No i zdjęcie nie oddaje majestatu i piękna.

Udostępnij Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedIn

Boże skrawki

Autor: cieszka
Kategoria: Moje malowanie, O wierze

Martwa natura z garnuszkiem „Boże skrawki” – wielu ten tytuł kojarzy się z filmem Yurka Bogayewicza z 2001r. Nie będę tutaj opisywać całego filmu, lecz tylko jeden wątek. Akcja toczy się w czasie II wojny światowej. Ukrywany żydowski sierota dla niepoznaki, razem z innymi dziećmi przygotowywany jest do pierwszej komunii świętej. Ksiądz nie chce jednak chłopca „na siłę” nawracać i pozbawiać tożsamości. W czasie uroczystości komunijnej zamiast konsekrowanej hostii otrzymuje skrawek, który zostaje odcięty podczas wycinania komunikantów – niekształtny skrawek. Stąd tytuł „Boże skrawki”.
Ostatnio doświadczyłam (nie pierwszy raz) ataku bólów kręgosłupa, które położyły mnie na kilka ładnych dni do łóżka, a później znacznie ograniczyły moją działalność zarówno zawodową, jak i artystyczną. I wtedy otrzymałam takie małe „Boże skrawki” – pocieszki (jak ja to nazywam). Niby materialne i przyziemne, a jednak odebrane przeze mnie jako mały znak opieki Boga. Sprzedały się jakoś obrazy, na które latami nie było chętnych, albo moim zdaniem, nie bardzo się udały. Takie niby: „Nic się nie martw, ja się Tobą zaopiekuję…”- mam nadzieję… Podobną „pocieszką” był dla mnie pomysł grania na ukulele. Frajda nowego instrumentu, poznawania czegoś świeżego i świetna zabawa.

To tak jak w Ewangelii kobieta cierpiąca na krwotok, marzy by chociaż dotknąć frędzli płaszcza Jezusa, doświadczyć opieki i słów: „ja jestem z Tobą.” Ktoś by powiedział po co to piszę… ku pokrzepieniu serc… (swojego też).

Udostępnij Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedIn