Kulaska Pana Boga

Jesienią byłam w Tatrach. Nic to dziwnego, „ciągnie wilka do lasu”. Ale to o czym chcę napisać zaczęło się jakieś 2 tygodnie przed wyjazdem. Ni stąd ni z owąd zaczęło mi dotkliwie strzelać w lewym kolanie, potem rozbolało. Myślę, co za pech, że mam jechać w góry a tu kolano siada. Ból nie ustąpił całkowicie do wyjazdu. A w górach chodzić trzeba, bo po to się tam jedzie. Bo tylko wychodząc, da się zobaczyć coś innego niż na codzień. Wychodząc w góry „wychodzi się z siebie”, ze swoich zasiedziałości i nudy. Kolano jednak nie dawało spokoju. Schodząc z gór do Kuźnic marzyłam o busiku, który zawiezie na kwaterę. Takowego jednak na parkingu nie było, bo martwy sezon. Z Kuźnic do ronda jest pewnie z 5km. Zatem w drogę! A kolano jęczy mocno… Patrzę przy przystanku autobusowym, oparta o drzewo, jakby na mnie czekała, stoi kulaska. Zwykły ociosany kij świerkowy, opatrznościowy, zesłany w samą porę i darmowy. Może go ktoś schodząc z gór zostawił, albo podchodząc do Kuźnic z dołu. Dla mnie to Pan Bóg mi tę kulaskę dał, żeby dojść. Doszłam jakoś z nogą odciążoną, kij zostawiłam na ostatnim przystanku, może komuś się przyda.

W życiu spotykają nas różne przeszkody. Nie łatwo jednak zapamiętać i uwierzyć, że jeśli jest przeszkoda, to Pan Bóg da „kulaskę”, żeby ją pokonać. Trzeba też umieć przyjąć to co może zbyt zwykłe, niewyględne, nie modne a może i brzydkie. Piszę, by sama o tym nie zapomnieć…

YouTube Preview Image Zobacz inne wpisy z tej kategorii: O wierze, O życiu, czyli moja prywatna filozofia, Podróże

2 komentarze na wpis “Kulaska Pana Boga”

  1. ptaszka:

    Zatęskniłam za tatrami. Takimi właśnie jesiennymi bezludnymi.
    Z kolanem mam nadzieję już lepiej.

  2. ptaszka:

    *Tatrami

Komentarz: