Luty, czyli paradoks kalendarza

dsc03541 Na początku tego wpisu przepraszam wszystkich zawiedzionych, że nic nowego na stronie od grudnia się nie zdarzyło. Trwają zaawansowane prace nad poważną renowacją, więc nie bardzo mam czas pisać. Zatem będzie dziś o życiu, a nie o malowaniu, ani starociach.

Luty, najkrótszy w całym kalendarzu miesiąc. I całe szczęście, że ma mniej dni. Dla mnie to najdłuższy miesiąc w całym roku. A to przez niecierpliwe oczekiwanie wiosny, ciepła, zieleni, zawilców, krokusów i pączków zielonych wyrastających z „uschłych” zimą patyków drzew (ciągle i niezmiennie się zadziwiam jak to możliwe?). Tęsknię za jazdą samochodem po niezaśnieżonych drogach, za ciepłem słońca, którego tej zimy było bardzo, ale to bardzo mało, za tym że woda z nosa nie leci na dworze i jak się z niego wróci, za niepaleniem w piecu, za pracą w ogródku, za renowacjami na dworze, za piwkiem wypitym z sąsiadami na podwórku, za jazdą na rowerze za miasto…. I tak mi się dłuży to czekanie, że tylko wyjść z siebie i stanąć obok.

Zobacz inne wpisy z tej kategorii: O życiu, czyli moja prywatna filozofia

Zobacz pierwszy komentarz na wpis “Luty, czyli paradoks kalendarza”

  1. po-cieszka:

    pocieszam się, że już niedługo i marzec, kwiecień i do ogródka trzeba pójść… marzy mi się sianie i podlewanie!

Komentarz: