Tatry 2007

Wróciłam z Tatr. Jednym słowem było pięknie. Nareszcie wyrwałam się z młyna codzienności i odżyłam. Dzięki Bogu, że wszystko odbyło się szczęśliwie, bez kłopotów, choć były też sytuacje trudne. Jak to w długiej podróży i w górach. Zdrowie ok, wóz też zniósł wszystkie niedogodności górskich dróg. A teraz trochę szczegółów.

Kierowcą nie jestem najlepszym, to wiem, no i przegapiłam zjazd z [1] na [A4], budząc się ze 20 km za nim. Trzeba było wykombinować jakiś skrót. Udało się jakoś i wcale nie wyszło aż tak daleko, przeleciałam przez Wadowice, Suchą Beskidzką i Maków Podhalański. Początek chodzenia po górach też był komedią pomyłek, co sprawiało, że wydarzenia stawały się ciekawsze. W ramach omijania korka na zakopiance, po kilku naradach z góralami, opracowałam i sprawdziłam kilka skrótów, omijających to ciekawe zjawisko w godzinach 9.00-16.00.

Dzień pierwszy. Pochmurno, zimno, popaduje. Ale dobrze, bo czułam się zmęczona nie tylko drogą, ale też malowaniem swojego pokoju tuż przed wyjazdem. Pochodziłam po Pęksowym Brzysku, bo lubię i przeciągnęłam się po paru zakopiańskich galeriach. Pstrąg w ulubionej smażalni smakował bardzo. Pod wieczór wyszło słońce na Podhalu i było jak widać poniżej.

Dzień drugi. Wyprawa na Bystrą. Był to dzień nieprzewidzianych wydarzeń. Miało być wejście na Starobociański Wierch przez Ornaki, ale jak stanęłam na przełęczy to popukałam się w głowę. Po co mi wchodzić trzeci raz na Starobociański, jak jeszcze nie byłam na Błyszczu? Idę na Błyszcza! Wieje, że na nogach ciężko się chwilami utrzymać, ale idę. Szlak się rozdwaja, już na słowackiej części. Idę niebieskim, bo mi się krócej zdaje. Potem patrze w mapę, a on nie na Błyszcza prowadzi, ale na Bystrą. Dobra, myślę sobie, idę na Bystrą, wrócę przez Błyszcza. Droga długa, stroma i wieje niemiłosiernie. Wszystkie ubrania już założyłam, czapkę, rękawiczki, kaptur, ale na nogach nadal ciężko się utrzymać. Jakoś wlazłam! Sesja zdjęciowa, pogawędka ze Słowakami, małe co nieco do żołądka i na Błyszcza. Lekkie zejście. Patrzę na Błyszczu gdzie by tu odnaleźć szlak, bo z Bystrej na Błyszcza nie ma oznakowanego szlaku. No dobra jest! Schodzę, ale jakoś po 15 minutach mi się inaczej wydaje. Patrzę w mapę, niby się zgadza, ale okazuje się, że to nie to rozwidlenie szlaku i stąd zejście jest tylko na Słowację. Cholera! Jestem padnięta, wieje…a tu mus się wracać na Błyszcza. Lekka panika, zmęczenie robi swoje. Wiedząc, że nie ma wyjścia wlazłam z powrotem prawie na górę, dobrze, że jest skrót omijający wierzchołek to się trochę nadrobiło. Zejście: człapu, człaaaapu i jakoś na dole, potem rower i w dół Chochołowskiej. Z tego miejsca pozdrawiam Radka z Warszawy, dzięki za podchodzenie po Iwanicką!

Dzień trzeci. Niedziela. Msza na Bachledówce. Pięknie, jakże inaczej niż w naszym kościele. I Pan Bóg jakoś przemawia… Potem sjesta, pogawędki z góralami… leniuchowanie. Świeci słońce, jedziemy z Tomkiem (syn sąsiadów, górali) na Gubałówkę połazić. Piwko, sjesta….

Dzień czwarty. Pogoda mieszana, spacer po Kościeliskiej Dolinie. Deszcz zaczął padać niedaleko schroniska, więc piwko i powrót. Pogoda stopniowo coraz lepsza, ale na wyjściu znów deszcz. Ogólnie wieczorem zimno. Na wsi spaliła się chałupa, mówią, że od prądu, ale jest i druga wersja, o której nie wolno mówić (więc ciiiii). Dzieci tam dużo, stare dziadki i jeszcze ich syn. Ogólnie bieda, nie ubezpieczone… drugi dom obok też się uszkodził. Nawet pies spalił się żywcem. Dobrzę, że choć ludziom i dzieciom nic się nie stało. Ogólnie żal…

 Dzień piąty. Popaduje, nuda. Idziemy do lasu, grzybów może ze sześć. Potem jedziemy z dzieciakami górali na Shreka 3. Nic z tego. Kolejka, że na wolny seans trzeba czekać do 18.00, co w naszym przypadku oznaczało 4 godziny.

Dzień szósty. Pogoda mieszana. Wybieramy się z Tomkiem do Niedzicy i Czorsztyna. Trochę popływaliśmy statkiem po jeziorze. Klimaty jak na filmie „Rejs”. W drodze powrotnej Dębno i sanktuarium w Ludźmierzu. Jednym słowem: objazdówka.

Dzień siódmy. Pogoda mieszana: słońce, chmura, deszcz. Dzieciaki-górale chcą w góry. Takie teraz czasy nastały, że to cepry prowadzają górali po Tatrach. Spytaj się górala ile razy był w górach, to przeciętnie wymieni ze dwie albo trzy doliny. Wyprawa nasza do Murowańca i nad Czarny Staw Gąsienicowy. Myślimy z Tomkiem o Kościelcu. Okazuje się jednak, że jest zimno i dzieciaki nie wytrzymają czekania na nas trzy godziny. Dla nich to i tak wyprawa….Wracając kupujemy wędzone pstrągi.

Dzień ósmy. Pogoda średnia. Odpoczynek. Nuda, książka, piwo, grill.

Dzień dziewiąty. Kurde już tyle czasu minęło. Pogoda nieco lepsza. Plan: do Pięciu Stawów, przez Świstówkę do Morskiego Oka. Tomek ciągnie ostro pod górę, ja się szybciej męczę. Dochodzimy do Pięciu Stawów – jemy po szarlotce. Opowiadam Tomkowi jak fajnie jest na Szpiglasowej, no i widzę, że mu się oczy świecą, wolał by tam niż przez Świstówkę. Dobra idziemy przez Szpiglasową. Jest pięknie. Potem na Szpiglasowy Wierch, potem z powrotem na przełęcz. Jemy co kto ma i schodzimy do Morskiego. A potem piwko i człapu, człaaapu do parkingu asfaltem 10 km. Na parkingu udaje się utargować trochę. Zgroza, na Palenicy parking 3 zł za godzinę, jak się idzie w góry na 10 godzin, to wiadomo…

Dzień dziesiąty. Niedziela. Imieniny mojego ojca. Idę w jego intencji i w swojej na Wiktorówki, do Matki Bożej Królowej Tatr. Idzie dużo ludzi, cepry i górale. W kaplicy nie ma miejsca, plac też pełen. Msza, po niej spacer na Rusinową Polanę oscypek, żynteca i siesta, potem na dół. Reszta niedzieli zeszła na odwiedzinach znajomych górali. Upał.

Dzień jedenasty. Nareszcie ciepło. Pogoda wymarzona. Ruszmy na Czerwone Wierchy. Początkowo ciężko, droga długa, a płaskich odcinków nie ma. Gramolę się na pierwszy: Ciemniaka. Potem idzie się lekko i przyjemnie. Ciepło, wieje wiatr, ale nie mocno. wchodzimy po kolei na 4 wierchy. Piękne widoki ciągną się przez cały czas. Czuję, że żyję. Potem do Doliny Małej Łąki i przez Przystup Miętusi do Kościeliskiej. Słońce grzeje i parzy w łydki. Już wiadomo, że ciało poparzone od słońca. Nic to jednak, było warto…

Dzień dwunasty. Odpoczynek. W Zakopanem zakupy: klapki, oscypki, drobiazgi. Siesta, kawa i opalanie, a raczej podsmarzanie tego co usmarzyło się poprzedniego dnia. Czuję, że szkoda będzie wyjeżdżać, góralom też szkoda… Gadamy, wylegujemy się na trawie. Czytamy co Cejrowski pisze na temat seksu Indian kolumbijskich.

Powrót. Żal było wyjeżdżać z tej pięknej krainy. Miałam łzy w oczach, bo dobrze mi tam było. Traktują mnie jak swoją. Krajobrazy nawet te zwyczajne, piękniejsze niż u nas, powietrze pachnie łąką górską, bywa też że krowami… Oscypki można jeść codziennie, bo teraz prawie każdy robi. Zaczęła się budowa nowego domu dla pogorzelców. Po pożegnaniach wyjazd. Szkoda!!!!!!!;-( Powrót ok, tylko chciałabym, żeby nie przyszło mi żadne zdjęcie z fotoradaru z Częstochowy…. bo wiem, że tam był, a prędkość? Jak to przeważnie, przekroczona…. Raz umknęłam też policjantom. Ach te polskie drogi. Lepiej postawić znak, niż zrobić drogę porządniejszą. Aha, bardzo mi się podoba na stacjach benzynowych Shell. Paliwo super, jedzenie dobre, kawa mocna i obsługa miła.

A w domu, jak to w domu, wszyscy stęsknieni…i problemy też się stęskniły, ale cierpliwie czekały. Dziś mi np. węgiel przywieźli i trzeba go wrzucić….

Więcej zdjęć w Galerii Fotografii w albumie Tatry 2007 i Jezioro Czorsztyńskie.

Zobacz inne wpisy z tej kategorii: Podróże

2 komentarze na wpis “Tatry 2007”

  1. po-cieszka:

    kocham też te góry i wiem -znam co czujesz, tam się wraca jak do domu. One mają tę niesamowitą moc…może dlatego, że to są stopy Pana Boga…?

  2. pulvis:

    Hej góry! Oby tylko pogoda, to chodzenie po górach jest cudowną metodą na odpoczynek (aktywny) i kondycyjne wzmocnienie:)

Komentarz: