Dmuchawce, latawce… czyli ukulele własnej produkcji

W ferworze i natłoku spraw umknął mi wpis z lata o ukulele. Kupiłam wzmacniacz gitarowy i temat bardzo przyjemnie wrócił. Koniec roku się zbliża, więc zapodaję, żeby nie było zaległości.

Jakiś czas temu moje serce podbił instrument zwany ukulele, czyli gitara hawajska. Mały rozmiar, słodkie brzmienie oraz łatwość do nauki to atuty dzięki którym zdobywa coraz więcej fanów. Niestety w transporcie zostało zniszczone jedno ukulele. Szkoda mi się nieboszczyka zrobiło, więc postanowiłam dać mu nowe życie, a przynajmniej tym częściom, które nadawały się do „przeszczepu”. Zostały: gryf, klucze, mostek. Pudło rezonansowe wykonałam wyrzynarką. Boki z klocków lipowych, tył i top ze sklejki olchowej. Szczerze mówiąc słabo się znam na gitarach elektrycznych i dziś elektryczność tego ukulele rozwiązałabym zupełnie inaczej. Ponieważ zastosowałam przetwornik elektromagnetyczny musiałam założyć metalowe struny. Na nylonowych brzmiało bardzo przyzwoicie jako akustyczne. Na metalowych też brzmi, ale ciszej. No ale jest elektryczne, można podłączyć do wzmacniacza i hula. A poniżej krótka fotorelacja.

Udostępnij Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on Twitter0Pin on Pinterest0Share on LinkedIn0
Zobacz inne wpisy z tej kategorii: Moje malowanie, Prywatnie

Komentarz: